dusza

Śniadanie z przygnębieniem. Moja poranna rutyna

2 sierpnia 2017

Wczoraj obudziłam się z dudniącą w głowie myślą. Zauważyłam, że wieczorami często boję się rana. Bo nigdy nie wiem, czy nie obudzę się znowu przygnębiona.

To dla mnie duży przełom. Zaczynam rozumieć, że przygnębienie nie jest normalnym stanem, z którym „powinnam sobie radzić”. Powoli dociera do mnie, że ono nie jest mną. Że to nie tak, że „już taka jestem”. Nareszcie widzę, że ono jest moim przeciwnikiem. I wyzwaniem.

Ranek to dla mnie wychodzenie z przygnębienia, które nie zawsze się udaje. Cały dzień krążę wokół uwolnienia się od niego i utrzymania na linie emocjonalnej równowagi.

Kiedy czasem mi się uda i starczy też fizycznie sił (nie wiem jak to jest, ale wnętrze i ciało dziwnie mocno na siebie wpływają), co zdarza się rzadko, ale coraz częściej, to tak bardzo się cieszę, że skaczę, śpiewam i biegam. Jakbym chciała wykorzystać tą ulotną chwilkę na uwierzenie w koniec trudnej części mojego życia i początek łatwej. Wszystkie trudy i traumy za mną, teraz musi być idealnie i gładko. Trochę w to wtedy wierzę.

Ale przez skakanie tracę siły i przygnębienie wraca jeszcze mocniej.

I od początku jeszcze raz muszę sobie z nim poradzić.

Pomagają mi warzywa. Woda. Czarna kawa. Porządki. Miłość. Bezpieczeństwo. Trzymanie się tego, w czym i gdzie mi dobrze. Nie rzucanie się w wyzwania i granice stref komfortu. Zamiast tego działa u mnie francuska gramatyka, czytanie powieści, przyjaciele, którzy śmieją się z moich słabych żartów.

Pomaga też uświadamianie sobie, że mogę żyć inaczej, niż myślałam, że się powinno. Inaczej niż moja rodzina. Inaczej niż koleżanki z dzieciństwa. Że nie ma przepisu na życie.

Że nie ma przepisu na Pana Boga. Nawet jeśli ktoś mówi, że według niego powinno się żyć tak, nie znaczy, że to prawda. Nawet jeśli ten ktoś jest bardzo ważny.

Wczoraj obudziłam się z tą myślą. I bardzo mi ona pomogła.

 

Zobacz inne wpisy

9 komentarzy

  • Reply Agnieszka 2 września 2017 at 19:20

    Jolu bardzo cenię sobie Twoją szczerość…normalność. Pokazujesz nam swój świat wewnętrzny, który jest radosny i piękny ( choć czasem sama w to nie wierzysz), ale też tą drugą stronę. Troszkę smutniejsza… jak w tym filmiku. Nie każdy na blogu jest w stanie pokazać smutek, bezradność itd. A przecież jesteśmy ludźmi i jak pisał Kohelet „wszystko ma swój czas”. Ostatnio wciągnęłam się w filmiki Gomulkow, piękna z nich rodzina. Monika się ciągle śmieje, jej mąż również, są nieustająco szczęśliwi. Niby wszystko super, ale wracam do swojego życia, jakoś cicho, jakoś spokojnie…pytam się siebie czy coś nie tak…i weszłam na Twojego bloga, na rożne filmiki i widzę spokój, radość, minimalizm, normalność, walkę o siebie, Boga, itd. I poczułam się Jolu lepiej, bo jesteś w tym prawdziwa, a nie pod ciągłym płaszczykiem uśmiechu. Dzięki

  • Reply Katarzyna 29 sierpnia 2017 at 19:05

    Dobrze było przeczytać ten tekst. Wydaje mi się że często czuję się podobnie i jest w Twoich słowach coś, co brzmi bardzo pokrzepiająco. Może nie będzie to najbardziej odkrywczą rzeczą jaką można napisać, ale (ja też wcisnę swoją radę) naprawdę polecam sport. Wydaje mi się, że uprawianie jakiejś aktywności fizycznej daje pewną specyficzną przestrzeń do bycia ze swoim ciałem, którą trudniej uzyskać w inny sposób. Nie musi chodzić o przekraczanie granic wytrzymałości itp. Jest w tym po prostu coś odświeżającego, co zwiększa świadomość ciała i może dawać poczucie siły (paradoksalnie :). Mam nadzieję, że cokolwiek dzieje się i będzie się działo w Twoim życiu poczujesz się lepiej i w pewniejszej równowadze emocjonalnej (niestety domyślam się jak trudny i męczący może być to problem).

  • Reply Dorota 24 sierpnia 2017 at 16:50

    Hej!

    Jolu, wiem, że to może głupie, ale badałaś się może na np. tarczycę? Problemy z tarczycą ma teraz bardzo dużo ludzi, można powiedzieć, że to jest „choroba cywilizacyjna” – niedoczynność albo Hashimoto. Tarczyca jest gruczołem, który BARDZO wpływa na zdrowie psychiczne… (+ takie osoby są bardzo podatne na „niezdrowe” rzeczy, tj. jedzenie, brak ruchu, snu, stres itp.)
    Osobiście bardzo wierzę w dietę… u mnie to jest tak powiązane, że aż mi się nie chce wierzyć. Jeśli tylko zaczynam jeść mało odżywcze/toksyczne jedzenie ( co często kończy się 3-tygodniowym „cugiem” ) – chleb, bułki, cukier rafinowany, niezdrowie tłuszcze, wysokoprzetworzoną żywność etc etc – od razu psychika mi siada, zaraz mi się wydaje, że nic się nie da a ja jestem do doopy. Myślałaś o tym może/obserwowałaś się pod tym kątem?

    Całuję Cię mocnoooo!!!

    • Reply Jola Szymańska 24 sierpnia 2017 at 17:43

      Hej! Tak, niestety to też mój problem :) Uściski!

  • Reply Magda 2 sierpnia 2017 at 23:14

    Jolu, dziękuję Ci za ten wpis. Ostatnio dużo nad tym myślę – od lat zmagam się z takim przygnębieniem, dociekam, zastanawiam się, skąd, modlę się, nawet na psychoterapię chadzam… i nic. Może to coś we mnie – jakieś zbyt wysokie wymagania, które sobie stawiam? „Mogę żyć inaczej, niż myślałam, że się powinno” – to chyba zdanie do przyjęcia dla mnie, nie tylko na dziś.

  • Reply Anna 2 sierpnia 2017 at 23:02

    Jolu, dzięki za Twoją odświeżającą, kojącą szczerość. Odnajduję okruchy siebie w Twoim tekście. Mnie też ostatnio zalewała fala przygnębienia i niepokoju, pod którą trudno było złapać oddech. Co gorsza, gdzieś tam uwikłane w nią były również pytania i wątpliwości związane z wiarą, przez co jeszcze ciężej było mi znaleźć ukojenie. Pomogła mi m.in. lektura książki, o której usłyszałam dzięki Tobie (jak to nigdy nie wiadomo, kto kogo może nieoczekiwanie pokrzepić :) – „Rozważania o wierze”, szczególnie jej pierwsze rozdziały dotykające tematów ufności, zawierzenia, wdzięczności. Spłynął na mnie spokój, który pozwolił mi przestać się miotać i dał odrobinę przestrzeni na refleksję. Spojrzałam na swoje wewnętrzne doświadczenie jak na posłańca, który ma mi coś ważnego do przekazania. Ode mnie zależy, jak go podejmę, czy go wysłucham i co zrobię z tym, co pozwoli mi odkryć.
    Ulgę przynosi mi też powtarzanie sobie raz po raz cytatu autorstwa bodaj o. Ottavio De Bertolis SJ: „Jezus doświadczył oddalenia od Boga jak największy grzesznik, jak jeden z potępionych, cierpiał zamiast nas, aby nikt nie mógł twierdzić, że nie był kochany miłością bez granic.” Miłość bez granic – to właśnie mnie rozbraja. Bo oznacza, że nikt z nas nie jest przypadkiem beznadziejnym. A raczej – z tym wszystkim, kim jesteśmy i z czym się zmagamy – zostaliśmy zawczasu uznani za wartych takiej właśnie Miłości.
    Pozdrawiam ciepło i życzę Ci, aby ten czas odsłonił przed Tobą swój sens i zaowocował dobrem.

  • Reply Agatha 2 sierpnia 2017 at 18:46

    Bardzo dobrze, ze masz swoje sposoby na niepokój. Ja wypracowałam je tez po latach i bardzo cenię te momenty, kiedy uda mi się go przezwyciężyć. Czasami sposobem jest szybka, ale dogłębna rozkmina nad tym, co właściwie sprawia we mnie niepokój, czasami przeciwnie – zostawiam to i zajmuję czymś głowę. Myślę, że bardzo dobrze, jest o tym rozmawiać, nazywać, przegadywać z kimś zaufanym. I oddawać Panu Bogu fakt, że jest się wrażliwcem. Super, że o tym piszesz, nawet ogólnie, ale bardzo szczerze. Czuję ten tekst doskonale, najukochańszą porą jest dla mnie wieczór, poranki znoszę z trudem. :) I dobrze, że uświadamiamy to sobie w młodości, możemy jeszcze wiele wygrać! Trzeba o niepokoju gadać i pisać. Po prostu trzeba.

  • Reply Paulina 2 sierpnia 2017 at 14:10

    Ja mam tak samo, od ok 10 lat. Teraz jest mi lżej po przeczytaniu tego wpisu. Myśle ze dzięki tym dołom potrafię bardziej doceniać momenty kiedy jest mi dobrze i bardziej rozumiem ludzi cierpiących na depresję. To cenne. Pozdarawiam :)

  • Reply Anna 2 sierpnia 2017 at 12:58

    Bardzo cieszę się, że o tym mówisz otwarcie. Widzę, że nie tylko ja mam taki problem, że nie jestem sama. To duże wsparcie. ;) Pozdrawiam!

  • Napisz coś od siebie

    Zapisz się na mój newsletter!

    autoresponder system powered by FreshMail