kultura

Katolik inteligent i inne oksymorony

23 lipca 2014

Niedawno dostałam w prezencie powieść Wojciecha Kuczoka. Lektura lekka a jednocześnie ciężka. Ciężka, bo ciężko młodej katoliczce wchodzić w wulgarność. Młoda katoliczka wolałaby kwiatki na łące.

Po lekturze zajęło mnie kilka refleksji. Po pierwsze, przekonałam się (uznajmy omawianą lekturę za prze-konanie), że perwersja mnie nie interesuje. Po drugie, rozczarowałam się. Nie tylko wspomnianą perwersją ale też sposobem, w jaki Kuczok przedstawia osoby duchowne. Zdałam sobie sprawę, że we współczesnej literaturze brakuje propozycji dla odbiorców, którzy szukają w lekturze wartości, głębi intelektualnej i których jednocześnie cieszy niebanalny styl, zabawa słowem. Wiesław Myśliwski w jednym z wywiadów celnie podzielił literaturę na literaturę słowa i literaturę akcji. Odnoszę wrażenie, że odkąd umarł Białoszewski, skończył się bal w wartościową awangardę. Skończyła się literatura słowa dla młodych katoliczek.

Podobnego problemu nie ma w innych dziedzinach sztuki. Konceptualizm w sztukach plastycznych zadaje niezwykle uniwersalne pytania (w zasadzie łączy wszystkich, których cieszy praca wyobraźnią, niezależnie od ich światopoglądu), muzyka współczesna z kolei również częściej inspiruje do treści, niż treścią jest. Literatura natomiast jest na tyle specyficzną formą sztuki, że mówić musi, a co za tym idzie – musi przedstawiać jakiś punkt widzenia rzeczywistości, przynajmniej co do zasady.

Chwilę po książce Kuczoka Katarzyna Kazimierowska opublikowała w Kulturze Liberalnej tekst Bóg a sprawa polska. Dowiaduję się w nim, kim jestem. Cóż, jestem głupi katolik (-czka), co to lubi dewocjonalia, lubi różańcem okładać niewiernych i nosi czosnek na szyi. Chyba powinnam się oswoić z poczuciem rozczarowania, wywołanego mentalnym lenistwem anty-wierzących (nie mylić z niewierzącymi). Anty-wierzącemu się nie chce domyślać, że w Kościele może być (przepraszam za to niewątpliwie przesadzone w kontekście mojej osoby określenie)… inteligent? Ba, że on może chcieć w Kościele być? To przecież niemożliwie, toć by go tam zaszlachtowali przy pierwszej lepszej nowennie! Odnoszę wrażenie, że naprawdę wiele osób właśnie tak widzi Kościół Katolicki – jako bandę ludzi ograniczonych, ślepo zapatrzonych w swojego proboszcza, zupełnie niezdolnych do zrozumienia czegokolwiek niedosłownego.

W zasadzie, ucząc się z doświadczenia, powinnam na tym czytanie poprzestać. Ryzykując (tylko i wyłącznie ze względu na źródło), zerknęłam na wywiad Tygodnika Powszechnego z nową minister kultury – prof. Małgorzatą Omilianowską. Nastawiona bojowo, czytam: – Polityka kulturalna państwa (…) powinna wspierać kulturę w sposób odzwierciedlający strukturę potrzeb społecznych. Nie można preferować jednej grupy kosztem drugiej. – I dalej: – Systemem zakazowo-nakazowym niewiele zdziałamy. – Dokładnie w tym momencie warsztat konceptualny okazał się praktyczny: jakże to uniwersalne!

Nie potrzeba nam oburzeń na to, co brzydkie i złe. Każdy ma do swojej brzydoty święte prawo. Jeżeli ktoś lubi czytać o tym, że księża to pedofile, nie zabronimy mu. Jeżeli ktoś lubi jeździć po Polsce i pluć w twarz awangardowym artystom – jego święte prawo. Czego ja mogę komuś zabronić, co mogę nakazać? Mogę tylko być sobie tą młodą katoliczką, szokować że myślę i patrzeć. I starać się nie zabijać… podejrzeń niewierzących o inteligencję w Kościele.

Felieton ukazał się na DEON.pl.

Zobacz inne wpisy

Zostaw komentarz

Napisz coś od siebie

Zapisz się na mój newsletter!

autoresponder system powered by FreshMail