kultura

Kocham, więc – cholera jasna!

13 stycznia 2016

W jednym z wywiadów Krzysztof Zanussi przyznał, że okulary są dla niego ratunkiem. Zasłaniają twarz. Może się za nimi schować. Wielu z nas ma takie okulary. Marika właśnie je zdjęła.

Ciepło ciała, przenajlepsza sukienka, balsamy i dreszcze – w okolicach matury nagrałam Serce na swój odtwarzacz mp3 i słuchałam non stop. Kolory, zapachy i energia brały mnie na całego. Do czasu. Później przypadkiem zobaczyłam wywiad z Mariką dla Legalnej Kultury. Dowiedziałam się, że ma własną audycję radiową. Po jakimś czasie zobaczyłam ją znowu, w The Voice. Trochę byłam dumna, że wiem więcej niż znajomi – wiem, że śpiewa.

Zabić? Okej.

Zwrot akcji nastąpił przed Świętami. Miałam gorszy dzień. Kliknęłam w ładny link. Poszło: A jeśli to ja zabić mam ten świat, wystarczą mi dwie ręce – O tak, to o mnie – pomyślałam. Wiadomo, czego się nie chwycę, źle się kończy. Jasna sprawa. Szczególnie tego jednego dnia w każdym miesiącu.

W minutę po udostępnieniu utworu na Fejsie, napisała Magda: – ja też tak myślałam, ale ona śpiewa „zlepić”! – Pomyślałam tylko: Serio? Serio, Boże? Właśnie chciałam sobie poszydzić z lepienia. Usiąść na poduszce przegranych spraw i wypić koktajl wyniosłych wniosków. Z braku laku wzięłam do ucha Tabletki. Potem całą płytę na Spotify. Raz i drugi. Trzeci i ósmy. A wreszcie wywiad Artura Rawicza z CGM. Tradycyjnie na tle regału.

– Musiałam wyjść z Mariki. W nią wpisana była wesołkowość – mówi Marta Kosakowska. Ma rozpuszczone włosy. – Ten wizerunek był już po prostu fałszywy. – Dziś można ci więcej? – O tak, można być smutnym! Yuhu! – śmieje się, kiedy staram się przestać gapić w jej asymetryczną koszulę.

Okno Wall Street

Bóg potrafi wyciągnąć człowieka z nawet najzwyklejszych zniewoleń. Takich, jak cudze opinie. Pozycja, marka, wizerunek – to problem nie tylko artystów. Wszyscy jesteśmy na giełdzie ego. Sprzedajemy akcje, negocjujemy kontrakty. Coś za coś. Marta Kosakowska wyleciała przez okno Wall Street, żeby usiąść na chmurze z krwi i kości. Możemy jej zazdrościć. Mało kogo na to stać.

Ale nie myślcie, że jej nowa płyta to grzeczna historyjka o walce ze schematami. To kawał dobrych tekstów, świeżych, elektronicznych brzmień i życia, które ucieka. Szkoda go marnować na pierdoły. Dla mnie ten krążek to solidne kopnięcie. Odważne: kocham, więc – cholera jasna! – nie muszę się bać. Wreszcie słucham dobrej muzyki, która mnie nie pogrąża, a wynosi o emocjonalny level wyżej.

*

Kasia Olubińska z bloga Bóg w wielkim mieście zapytała mnie, czy pogratulowałam Marcie. Nie miałam odwagi. Gratuluję teraz. I dziękuję. Tak, jak umiem najbardziej.

Zobacz inne wpisy

2 komentarze

  • Reply Paweł 14 lutego 2017 at 23:47

    Ja swego czasu bardzo mocno siedziałem zakorzeniony w reggae (trochę odeszło w cień po moim nawróceniu) i Marika była jedną z tych osób, które znałem długo, widziałem na dziesiątkach koncertów i ogólnie byłem oswojony z tym jaki przekaz promuje.

    Ta płyta, a szczególnie Antydepresanty zrobiły na mnie ogromne wrażenie tego jak człowiek może się zmienić (tak duchowo jak i fizycznie) i teraz jest to jedna z tych wokalistek o których mówię dużo częściej. Bo mówienie o ludziach, którzy się zmienili daje inspirację do zmiany innym.

  • Reply Agata 21 lutego 2016 at 20:54

    Witaj,
    czytam raz na jakiś czas Twoją stronę, i tym razem postanowiłam skomentować (po raz pierwszy:)). Bo zgadzam się z Tobą w 100%. Jedna z najlepszych płyt i chyba takich najważniejszych dla mnie. Wychowana na filifionce i z sercem pełnym miłości byłam zaskoczona jakością tekstów, muzyki, klimatu… Chyba najbardziej kobieca płyta do posłuchania, popłakania i do przemyślenia sobie pewnych spraw. Super duety, mój ulubiony ze Skubasem. Także czekam na kolejne recenzję fajnych płyt ;) Pozdrawiam ciepło w zimowy wieczór :)

  • Napisz coś od siebie

    Zapisz się na mój newsletter!

    autoresponder system powered by FreshMail