dusza

Tyrmand w autobusie

9 maja 2014

Ten post nie jest o Kościele katolickim, o niewierzących, ani nawet o Bogu. Chociaż… trochę jest.

Jadąc dziś autobusem, czytałam sobie najmodniejszy  na świecie Dziennik z roku 1954. Jeżeli kiedykolwiek miałam jakąkolwiek wątpliwość, co do imienia dla mojego pierworodnego syna, to zniknęła ona w tej przedpołudniowej chwili zupełnie. Było mi strasznie miło i wcale nie dlatego, że czytałam o inspirująco niepokornym myśleniu, ani, że myślałam o możliwości pracy w wyjątkowym (& oryginalnym…) miejscu. Powodem nie był nawet fakt, że zdałam sobie sprawę, jak bardzo lubię krakowskie kawiarnie. Było mi strasznie miło, bo prawdopodobnie mój organizm, po kilku miesiącach dogorywania, dał jeść mojemu mózgowi, co w konsekwencji zaowocowało dobrą kondycją obu. Wierzcie mi, nieczęsty to u mnie, ostatnimi czasy, stan.

Prawdopodobnie post ten powstaje dla warsztatu, przypomnienia i zabawy i jest przedziwny i jakiś taki nie ten, ale dzięki, Jezu, że jesteś. Mam setkę kolejnych nauczek, że nie ma się co przejmować. Jakoś to będzie.

Dojrzewam. Dojrzewam do różnych rzeczy. Ostatnio dojrzewam do zaakceptowania faktu, że nie piszę tak i o tym, co cały świat. Pisanie interesuje mnie jako forma (już abstrahując, że forma, że ja jak ciastka w formie, że procedury to formy i w ogóle) – ciekawa, zabawna, lekka. Boli mnie tej formy ugładzanie, uniwersalizacja dla potrzeb wszechświata. Pisanie tak, aby nie było wątpliwości co do opisywanej materii, jest nie dla mnie. Takie pisanie mnie na razie nie cieszy, do niego trzeba dojrzeć jeszcze bardziej, niż do akceptacji czegoś, co chciałbyś w sobie zmienić, bo wydaje Ci się to „gorsze” od tego, czego nie masz, ogółem: level hard.

Tymczasem od Tyrmanda przeszłam do procedury karnej i po tą chwilę tak właśnie trwam. Przejście, a jakże, płynne; cezurą kanapka z bananem. I jak tu umierać? Jak nie chcieć? W dodatku, ocknęłam się w międzyczasie, że przecież weekend. Takie proste rzeczy. Takie oczywiste.Cieszę się tylko, że tego syna jeszcze nie ma, bo… Leopold?.. Może jednak dam sobie kilka lat na zastanowienie.

Do tego wszystkiego umarła bateria do mojego aparatu fotograficznego. Umarła śmiercią tragiczną przez przegrzanie – przegrzała się, przytyła i już nie weszła do aparatu. Kolega informatyk wytłumaczył mi fachowo, że bateria nie zmartwychwstanie. Pomijając moją osobistą tragedię, skutki tej śmierci dotykają niniejszym i Ciebie (biedny i tak z uwagi na treści powyższych akapitów), Czytelniku (współcześnie: Odbiorco), gdyż nie zobaczysz okładki tyrmandowego Dziennika. Nie żałuj – wypożycz, kup, przeczytaj. Jest fajny.

Zobacz inne wpisy

Zostaw komentarz

Napisz coś od siebie

Zapisz się na mój newsletter!

autoresponder system powered by FreshMail