natura

Buduję sobie dom, czyli jak żyć po studiach

9 lipca 2016

Dom to nie rzeczy, a ludzie. Mały świat, w którym nie trzeba wciągać brzucha. Śniadania, obiady, kłótnie i modlitwa. Cudo. Tylko co, jeżeli ludzi nie ma? Jak wtedy zbudować sobie dom?

Może to choroba naszych czasów, kto wie. Może wynik zmian społecznych. Dziś nikt nie patrzy krzywo na brak obrączki. Po studiach robi się przestrzeń na stabilizację emocjonalno-finansową. Żadnego pośpiechu. Raczej dziwny spokój. Przypomina mi się mem Marty Frej – jedna babcia mówi do drugiej (cytuję z pamięci): „Pochowałam męża, wychowałam dzieci, teraz wreszcie mogę poznać samą siebie”. Jest szansa, że kiedy będziemy starzy, bilans będzie lepszy. Przynajmniej jeżeli chodzi o kolejność.

W tym dziwnym czasie wiele osób stoi w rozkroku. Z jednej strony jest praca, pierwsze normalne pieniądze, można wyjść spontanicznie do teatru i kupić sobie rower na raty. Z drugiej jest czekanie na miłość-życia-ślub-dzieci-sens-spełnienie-amen. A tu nic. Rower w garażu, teatr publikuje repertuar na nowy sezon, a kolejne samotnie spędzone wesela przybijają gwóźdź do trumny.

Nie wierzę, że kogoś to nie rusza.

Ale tak sobie myślę, że dorosłość jest fajna niezależnie od statusu związku. Wreszcie od nikogo nie zależę. Utrzymuję się z własnej pracy, za którą jestem szanowana. Płacę rachunki. Wynajmuję własny kąt. Nie muszę stresować się sesją. Mogę przez całą noc słuchać muzyki i nie mieć wyrzutów sumienia. Zainwestować swój czas i energię w to, co naprawdę mnie cieszy.

Od gruzu do luzu

A cieszy mnie tworzenie domu. Tak, dokładnie! Mojego własnego domu. Nazywam tak rzeczywistość i przestrzeń, w której poznaję siebie i w której chcę żyć. Mój plac budowy to góra zgruzowanych emocji, które oczyszczam i układam. To koparka, która wykopuje i wyrzuca stare koszulki i sandały. To zespół przyjaciół, którzy wpadają z białym winem, albo wyciągają mnie na miasto. To także mały, wynajmowany pokój, kwiatek w doniczce i książki na półce.

Powoli, powoli, miesiąc za miesiącem, budowa nie wygląda już jak kupa gruzu ogrodzona plastikowymi toi-toiami. Zaczyna wyglądać jak dom. Albo domek. Jedyne, jasne, spokojne i moje miejsce na ziemi. I myślę sobie, że dom to nie tylko ludzie, ściany i rzeczy, ale taki stan serca, w którym nie trzeba niczego udawać.

Dom to marzenia

Żeby nauczyć się siebie, żeby poczuć odpowiedzialność. Żeby dowiedzieć się jak chcę żyć, kim chcę się stać. Żeby nie zwalać swojego lenistwa i lęku na Boga. Żeby wziąć na ramię swojego stracha na wróble i pozwolić sobie na czytanie wierszy. Żeby żyć w miejscu, które się kocha i dzielić się nim z innymi. Chyba po to buduje się dom.

Dlatego cieszę się z każdej małej rzeczy. Skupiam się na drobiazgach i staram się przyjmować czas, w którym jestem, takim, jakim on jest. Czuję się tu jak na odżywczej kuracji albo na szkoleniu z mądrego życia. Albo na wszystkim razem.

A jak Wam żyje się po studiach?

*

Ten tekst nie jest wynikiem żadnej współpracy. Wrzuciłam zdjęcia kilku przedmiotów, o których po cichu marzę, bo może Wam też pomogą nabrać wiatru w domowe żagle? :-)

PS Wyprzedzając komentarze: oczywiście, że rzeczy nie są najważniejsze. Są miłym dodatkiem.

Zobacz inne wpisy

18 komentarzy

  • Reply Bartek 15 sierpnia 2016 at 13:46

    Dziękuje za ten wpis.

    „I myślę sobie, że dom to nie tylko ludzie, ściany i rzeczy, ale taki stan serca, w którym nie trzeba niczego udawać.” – cudeńko

    ;)

  • Reply Paweł 3 sierpnia 2016 at 21:08

    Samotnością po studiach przestałem się martwić około 40-stki i tym, że mogę być kaleką czy osobą niedołężną, która sobie nie radzi z najprostszymi czynnościami fizjologicznymi. Oddałem to wszystko Bogu i powiedziałem sobie, że nic gorszego nic śmierć mnie nie spotka, więc trzeba żyć z pogodą ducha, żyć samotnie jak tak mi się w życiu ułożyło. Tak więc nie martwię się już hipotetycznym kalectwem, czy przeżywaną samotnością, jeśli się żyje w stanie łaski uświęcającej w zgodzie z Bogiem i bliźnimi. Wiele się modlę za dusze w czyśćcu cierpiące co sprawia, że nawet jak nie mam nikogo komu mógłbym pomóc to i tak wiele pomagam tym, którzy tylko na takich jak ja mogą liczyć. Swoje cierpienie ofiarowywuję za dusze w czyśćcu cierpiące i za umierających. Koronka do Bożego Miłosierdzia to jest to co nadaje memu życiu sens, tak jak życie sakramentalne i możliwie częsta Eucharystia. Z Bogiem jakoś człowiekowi lżej, od czasu do czasu człowiek się uśmiechnie.

    • Reply Jola Szymańska 4 sierpnia 2016 at 09:02

      O tak, Bóg uwalnia od lęków i daje nadzieję :-) Chociaż tak sobie myślę, że śmierć to w zasadzie dla osoby wierzącej nie „najgorsza” ale najlepsza rzecz, jaka może ją spotkać ;-)

  • Reply Aleksandra 19 lipca 2016 at 11:20

    Witaj Jolu :)

    Piszę, bo odkryłam Twój kanał na YouTube już kiedyś, ale głębiej weszłam do niego właśnie dziś. I cieszę się, że Cię znalazłam :) Oglądając jednej z Twoich filmów przypomniało mi się, że skądś Cię kojarzę – Fundacja MALAK ;) Pamiętam jak kupowałam po raz pierwszy w MALAKu – był to plecak z Pandą (przez Internet, choć wcześniej robiłam podejście i byłam już pod sklepem) – chciałam Was trochę poznać i w Internecie zobaczyłam jak fantastyczne osoby tam pracują! :) To, co robicie jest po prostu niesamowite.

    Wydajesz mi się być bardzo mądrą kobietą, pełną wiary i nadziei, radości i uśmiechu, pasji i zamiłowania do tego, co robisz. Dziękuję Ci, że dajesz nam cząstkę siebie :) Blog fantastyczny, filmiki świetne, super słucha się tego, o czym mówisz.

    Życzę powodzenia w życiu osobistym, jak i zawodowym. Niech Pan Ci błogosławi każdego dnia :)

    Pozdrawiam,
    (Można by rzec, że sąsiadka MALAKa, bo studentka z naprzeciw, IP UJ) :)
    Ola

  • Reply Nieziemska 18 lipca 2016 at 16:46

    Ja właśnie skończyłam studia i szczerze mówiąc czekam z utęsknieniem na ten czas zupełnej samodzielności. Przede mną jeszcze kilka miesięcy walki o swój kąt i możliwość budowania własnego domu. Z jednej strony przerażona byłam przez chwilę świadomością, że to już czas, aby stać się dorosłym człowiekiem. Ale potem dotarło do mnie, jak bardzo na to czekam, jak bardzo tego pragnę i, że przecież dam sobie radę w dorosłości, która jest naprawdę fascynująca :)
    Pozdrawiam! :)

  • Reply Katoliczka 13 lipca 2016 at 12:36

    mam pytanie: jak przetrwać czas pomiędzy grzechem ciężkim a spowiedzią? czasem trwa to dłużej niż 3 dni. Masz jakieś sposoby jak nie tracić całkowicie poczucia przynależności do Pana Boga? Jak sobie z tym radzisz? ja czasami zbyt emocjonalnie do tego podchodzę i zakrawa to na depresję…

    • Reply Pxop 13 marca 2017 at 16:02

      Myśleć zanim się popełni grzech ciężki ;) Wiem, że to brzmi trochę chamsko – ale nie mam tego na myśli. Zanim jakąkolwiek podejmiemy decyzję, warto pomyśleć o konsekwencjach przez 5 sekund i wtedy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy na nie gotowi.

  • Reply Młoda Wojowniczka 11 lipca 2016 at 19:59

    Hm, ja jestem na drugim roku i większość moich znajomych jest w ciąży, zaręczonych albo już po ślubie i z dzieckiem;). I to w trakcie studiów, często poważnych. Chyba trzeba po prostu wcześnie otwierać się na ludzi i nie mówić sobie „zaczekam aż będę miała dyplom i pracę”. Jeśli się oczywiście ma taki sprecyzowany cel: poznać przyszłego męża/żonę i założyć rodzinę. A jeśli ten cel komuś nie leży w tej chwili, to trudno jest się porównywać z tym którzy już w liceum wiedzieli że się pobiorą i że chcą dzieci w niedługiej przyszłości. Dzieciate i żonate towarzystwo nie jest lepsze ani gorsze od nas.

  • Reply Kasia 11 lipca 2016 at 18:02

    The Dumplings mają piosenkę „Nie gotujemy”. Interpretowałam ją jako utwór o mojej sytuacji, mojej jak i mnóstwa 25-30-latków po studiach, którzy mieszkają z dala od rodzinnej miejscowości, pracują i wynajmują pokój; często z obcymi ludźmi, z którymi jest się na „cześć-cześć” w korytarzu; dla których gotowanie tylko dla siebie jest smutną koniecznością. „Nie gotujemy, nie naprawiamy, miejsca swojego nie mamy”, słyszę w refrenie. Jakie było moje zdziwienie, gdy młodzi artyści powiedzieli, że inspiracją do napisania piosenki była Japonia. Podsumowując – każdy interpretuje tak, jak mu w duszy gra :)
    Przez prawie 7 lat mieszkałam na 9 stancjach, zarówno o problemach ze współlokatorami, jak i właścicielami (jeden wyrzucił mnie z mieszkania na 2 tygodnie przed Bożym Narodzeniem) mogłabym mówić i mówić. Między zimą 2014 a zimą 2016 przeprowadzałam się 4 razy (w tym zmieniłam miasto), za każdym razem ilość moich rzeczy malała. W 3 z kolei mieszkaniu przez kilka tygodni nie rozpakowałam wszystkich rzeczy, bo czułam, że długo tu nie pomieszkam: zupełnie jak Holly Goligtly, będąca „ciągle w podróży”.
    Rok po studiach przeprowadziłam się do Warszawy, w której mieszkam prawie rok. Znajomych, z którymi mogłabym się tu spotkać mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie jest źle, ale równie dobrze mogłabym mieszkać w Gdańsku. Lub w Krakowie. Nie czuję się związana ani z rodzinną miejscowością, ani z miastem studiów, ani tym bardziej ze stolicą. Wyzbyłam się sentymentalizmu, nie tęsknię, nie przywiązuję do rzeczy, zanim coś kupię zastanowię się 2 razy (kto pakował cały dobytek, ten wie). Z jednej strony dość mam już takiego życia, chcę kota, regału książek, ziół w doniczkach, z drugiej pobrzmiewa mi w uchu Barańczak: „Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać? Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”.

    • Reply abdomen 26 sierpnia 2016 at 11:05

      A mogłabyś zacytować coś z Pisma Świętego? Nie? Może w tym tkwi twój problem…;)
      AMDG

  • Reply sylwia 10 lipca 2016 at 21:42

    Bo dom to rzeczywiście nie miejsce, lecz stan – jak śpiewa Nosowska, albo: tam Twój dom, gdzie serce Twoje – jak kto woli.
    Bardzo podoba mi się to Twoje miejsce tutaj i to, czym się z nami dzielisz. Chyba też powinnam zacząć mocnieć przyglądać się swojemu sercu.

    Dziękuję :)

  • Reply ania 10 lipca 2016 at 21:36

    Dokładnie tak! Ostatnio zrobiłam imprezę dla przyjaciółek i podziekowalam znajomym ze mam dla kogo tworzyć teraz DOM. a każde wesele spędza mi sen z powiek. Bo niestety to ode mnie silniejsze kiedy mam.. 12 wesele od dwóch lat ;)

  • Reply Ciekawska 10 lipca 2016 at 21:25

    Będziesz na ŚDM?? :)

  • Reply Milena 10 lipca 2016 at 19:57

    To jest prawdziwy slow life! Mam bardzo podobnie. Skończyłam studia i tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam szukać siebie. W związku z tym w październiku zaczynam kolejny kierunek :) I zupełnie szczerze, bardzo się cieszę z tego okresu skupienia na sobie, bo do przyszłego związku (o ile taki będzie) będę mogła wnieść więcej. Przede wszystkim samoświadomość, która jest ważna w budowaniu zdrowej relacji, a której bardzo brakowało mi w przeszłości.

    Pozdrawiam i wysyłam moc buziaków!

  • Reply mala mi 9 lipca 2016 at 22:51

    Osobiscie zatesknilam za studiami jakies 3 miesiace po ich skonczeniu,kiedy dotknelam odpowiedzialnosci w pracy. Na studiach trzeba bylo sie tylko uczyc,owszem byla to ciezka nauka,bo medycyna nie rozpieszcza nikogo,kto chce potraktowac ja serio. A teraz trzeba odpowiadac za ludzkie zycie w stresie i wobec obojetnosci systemu :/ Wiec zycie po studiach jest dla mnie mocno przereklamowane. I zazdroszcze tym,dla ktorych nauka skonczyla sie wraz z obrona pracy magisterskiej.

  • Reply Anna 9 lipca 2016 at 17:46

    Ja się nie powinnam wypowiadać jak to jest budować dom bez ludzi (męża, dzieci), na których się czeka.
    Skończyłam studia i pół roku później zostałam małżonką.
    Wiem jednak jak trudno mi było „budować dom” podczas studiów. Zapełniałam sobie pustkę zdjęciami, pierdółkami, ale wciąż czekałam i nie potrafiłam przeżywać swojego „tu i teraz”, korzystać z tego czasu, poznawać siebie czy pracować nad sobą.
    Trudna sztuka.

  • Reply aga 9 lipca 2016 at 17:45

    mam 26 lat. niby jestem po studiach, ale dorosła się nie czuję. mam rower, własny tryb życia i psa. Ludzi wokół mnie mało. Raczej ze względu na okoliczności, nie z wyboru. Więc raczej zycie po studiach to takie bujanie sie w oczekiwaniu na dorosłość, Bo tak na prawdę nie spoczywa na mnie żadna odpowiedzialność. Niektórzy mówią, że dorosłym człowiek się staje dopiero gdy ma dziecko. Nie wiem ile w tym prawdy, ale wiem, że między mną a koleżankami z mężami i dziecmi jej spora różnica.

  • Reply Agata 9 lipca 2016 at 17:33

    Jolu, wykorzystuj ten czas oczekiwania maksymalnie dla siebie,ciesz się życiem i tymi małymi rzeczami. Wszystko będzie dobrze. Uściski!
    PS Na wrześniowe wesele wybieram się sama, zamierzam bawić się wyśmienicie do białego rana i cieszyć szczęściem przyjaciół :)

  • Napisz coś od siebie

    Zapisz się na mój newsletter!

    autoresponder system powered by FreshMail