natura

Działka w Brzezince

16 sierpnia 2015

Pod lipą siedziałyśmy. Zeschnięte, złote liście trzaskały pod sandałami. Oderwał je od gałęzi sierpniowy upał. Na wprost mnie biała, bawełniana bluzka, granatowa spódnica w drobne kwiaty, niepewność. Odpowiedzi na pytania. Kawa ze śmietanką trzydzieści sześć procent tłuszczu. Na działce w Brzezince było dziś ładne, ciepłe światło.

Leży z mężem w grobie

Czasem boję się, że zapytam o coś, o co nie wypada. Uczę się. Z rozmowy na rozmowę czuję się swobodniej. Już nic nie notuję, nic nie czytam. Wszystko dzieje się naturalnie. Starsza kobieta wymienia gości na swoim weselu. Piętnaście osób. – Rodzice, znajomi. Ciocia, która leży nawet z mężem w grobie – jej uśmiech ma nas zdystansować do śmierci. Nie musimy wchodzić w tą szufladkę. Nie trzeba. Na poprawinach był sąsiad, który przeżył obóz. – Chciał pokazać jak wypalali mu pośladki. Mąż przekonał go, że wszyscy wierzą na słowo – ona dodaje, ja słucham. Próbujemy się odnaleźć.

Czerwiec tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt sześć

– Ja miałam 19 i pół roku, a mąż miał 26. Teściowa była bardziej serdeczna niż moja mama. Wszystkiego mnie nauczyła, wybawiła dzieci – mówi. Dowiaduję się też, że siedzimy w miejscu dawnej piaskownicy. – Ale teść miał dwie twarze. Przecież za okupacji ile on ludziom pomógł, ilu on…

Nigdy nie mówił o obozie. Pracował na kolei. Niemcy wysiedlili całą wieś, zostawili go i kilku rzemieślników. Pomagał uciekać w las szczęściarzom, którzy przy wyskakiwaniu z wagonów spadli pod pociąg. To był z metr wysokości. Wtedy jeszcze tak nie pilnowali, to był początek obozu. Teściowa na maszynie poprawiała stroje kolejarzy i puszczali niedoszłych więźniów dalej jako pracowników kolei. Za kradzież mundurów kolejarskich teść miał po wojnie sprawę w sądzie. Płacił karę. Wiedział, że nie wolno przyznawać się do konspiracji. Na AK-owców i wszystkich takich była nagonka.

Któregoś dnia wyrzucili teściową z małymi wtedy synami przed dom. Szukali. Znaleźli pasiaki. Poczuła tylko uderzenie. „Ty polska świnio!” – zabrzmiało jak błogosławieństwo. Odeszli. Do końca życia nie dała na Niemców złego słowa powiedzieć („to dobre chłopaki były, szkoda ich”).

Helenka i deszcz

Ładny ten Oświęcim. Przypomina mi Wadowice, Pszczynę, Skoczów. Jest zielono, galicyjsko, średniomiasteczkowo. Zamek, galeria handlowa, McDonalds. Rynek rok rocznie wysoko plasuje się w małopolskim rankingu. Popołudniu wypijemy na nim kawę. Fontanna tryska. Samochody parkują. Można płacić kartą.

– Helenka miała numer na ręce, więc wszyscy wiedzieli – gdy wracamy z działki, Pani Jasia opowiada o koleżance ze szkoły. Ciągle chorowała, wszystko łapała co się dało. Adoptowało ją małżeństwo z Kęt. Bardzo ich kochała. Potem wyszła taka sprawa, że jest ze Związku Radzieckiego. Prawdziwa rodzina zaczęła wysyłać jej listy. Ukrywała je. Na Krym pojechała dużo później. Specjalnie na jej wizytę dostali tam meble, nawet ubikację postawili. Bez tylnej ściany – Z tyłu wszyscy tacy sami, nie ma się co wstydzić – powiedzieli jej. Śmiała się, bo to taka bardzo wesoła dziewczyna była. Okazało się, że do obozu trafiła z matką i ciotką. Matka miała numer o jeden niższy i szukała jej do śmierci, gdzie tylko się dało. Ojciec był wojskowym, dlatego trafiły do obozu. Helena nie chciała nic wiedzieć, miała wtedy tylko 3 lata. Nie pamiętała, nie potrzebowała. Nie chciała z nikim rozmawiać, żadnego opowiadania. Tylko przyjaciołom czasem. Duża różnica była między wiekiem, jaki jej dawali, a tym prawdziwym. Wszystko się potem okazało.

Jedziemy samochodem na obiad, do Oświęcimia. Mijamy druty, baraki, murowaną budowlę przy ulicy, grupkę zamyślonych ludzi pod parasolami. Zaczęło padać.

Zobacz inne wpisy

1 odpowiedź

  • Reply zolwiki 28 sierpnia 2015 at 20:11

    A 3 lata później, w 1946, było tak: http://zolwiki.blog.pl/2015/02/07/lalek/

  • Napisz coś od siebie

    Zapisz się na mój newsletter!

    autoresponder system powered by FreshMail