dusza

Asekurantka

19 lipca 2014

Bycie, w którym poranek jest obawą przed południem, a wtorek wrażeniem środy, bywa nieznośne.

Przeczucie między momentami wplata się w spokój niczym jad węża w ciepłą krew. Trwa się wtedy beznadziejnie, wybucha się rozgoryczeniem i żalem, a irracjonalne samosądy paraliżują ostatnie zdrowe chęci. Bycie, w którym każda godzina jest sumą oczekiwań, rozczarowań, satysfakcji, wyobrażeń, a nie wydarzeń, nie należy do bezpiecznych.

Nie mam pojęcia, jak podobnym stanom zaradzić. Działać? Nie działać? Czekać? Godzić się na nie? Akceptować bałagan, przymykać oczy na własne lenistwo, korzystać? Iść dalej?

Coraz częściej boję się dorosłości. Dylematy rzadziej dotyczą w niej dobra i zła, częściej mnie i chyba mnie. Człowiek im starszy, tym wygodniejszy, czuje, że ma prawo, bo wszystko w „jego” rękach, bo zasłużył. Przekłada się to na drobiazgi, transcendentalia i fundamenty. Niestety, od dorosłości nie ma odwrotu. Przychodzi moment, w którym trzeba wziąć odpowiedzialność za małe decyzyjki i grzeszki bez znaczenia. Powiedzieć sobie prosto w twarz: jestem grzesznikiem.

Nie potrafię być wzorem, naprawiać, radzić. Jestem zmęczona ciągłym wymaganiem od siebie, a wszelkie rady w moich ustach brzmią niepoważnie i sama im nie ufam. Coraz mniej jest czerni i bieli, coraz więcej przekonania i poznawania, chęci wykroczenia poza schemat, który zbudowałam sobie w głowie. Przestaję chłostać się i zaczynam wybaczać. Pozwalać światu iść jak idzie, po omacku. Iść jak idę.

Bardzo zazdroszczę osobom pełnym cnót, wyrzeczeń i zalet. Ta zazdrość mi nie służy. Nigdy nie będę taka jak ona, on, oni, zawsze będę tylko… tylko mną. Zawsze będę miała dystans, zawsze będę pełna obaw, zawsze będę się krępowała i zawsze będę budowała swój świat od środka (głowy). Będę kaleczyła nakazy i zakazy, zrobię parę głupot, nie raz minę się z rzeczywistością.

Podobno Bóg taką właśnie mnie kocha. Z tym wszystkim, co mnie bolało i czemu nie podołałam. Z tym, że prędzej będę słabsza niż silniejsza i z tym, że potrzebuję regularnej dawki skrajnie mocnych kopów. Chyba mnie kocha, bo poprosiłam go żeby zmienił mi drogę i, jak się wydaje, zmienił. Narzekam tak jak narzekałam, więc raczej nie była to kwestia Jego zniecierpliwienia moimi prośbami. Widocznie coś tam widzi dalej, niż ja. Mimo wszystko asekuruję się z każdej strony, bo a nuż coś Mu się pomyliło i zapomniał o naoliwieniu hamulców?

Czy warto godzić się na samą siebie? Może w zgodzie na „wolę Bożą” chodzi też o to?

Zobacz inne wpisy

3 komentarze

  • Reply Krzysztof M. 22 lipca 2014 at 12:42

    „Trwa się wtedy beznadziejnie, wybucha się rozgoryczeniem i żalem, a irracjonalne samosądy paraliżują ostatnie zdrowe chęci.”

    Ten stan to już jest cierpienie, które Bóg może zamienić na coś bardzo dobrego trzeba tylko ofiarować je. Trzeba to dostrzec i od razu działać!!! Złemu tylko o to chodzi, pracuje nad nami i powoli formuje jak rozgrzane żelazo, potem zwraca nasze oczy na świat materialny, zasłaniając nam świat duchowy. Ostatnim etapem jest to, że człowiek sam siebie oskarża, iż nie jest godny nawet pójść do kościoła (bo w tym czasie tyle nagrzeszył). Taką pułapkę znam i wiem, że nie wydostałem się z niej sam. Teraz widzę moje winy, widzę! i przynajmniej próbuję z całych sił walczyć! – ale upadam! Też codziennie wytykam sobie tyle błędów, grzechów tak jak Wy chciałbym być bardziej, choć odrobinę lepszy, ale ten „ułamek sekundy”….

    Myślę, że bardzo pokrzepiająca jest wypowiedź s. Joanny Herling:
    Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją. Iz 1,18
    Tak bardzo jesteśmy kuszeni, żeby zatrzymywać się na naszych grzechach, żeby tylko je widzieć, żeby z ich powodu tracić nadzieję, wpadać w rozpacz. Oto Bóg nas podnosi z ziemi jak małe dziecko, które upadło, bierze na swe ramiona i przytula do siebie. Moje dziecko, mówi, nie martw się. Pozwól, obmyję ten brud, który do ciebie przylgnął, ale który nie jest tobą. Uraduj moje serce, dając mi zamienić szkarłat twoich grzechów w śnieżną biel czystego serca, oczyszczonego moim przebaczeniem. Czy jest coś, co byłoby dla mnie niemożliwe? Kiedy oddasz mi twój grzech, który dla ciebie poniosłem na krzyż? Kiedy uwierzysz, że naprawdę wyzwoliłem cię z jego niewoli i z mocy złego? Kiedy uwierzysz, że moje miłosierdzie jest większe od twojego grzechu? Że ostatnie słowo należy do mojej miłosiernej miłości?
    Pozdrawiam Was
    Krzysiek

  • Reply Natalia 20 lipca 2014 at 10:19

    Czy warto godzić się na siebie? Wydaje mi się, że jest to nawet konieczne. Sama miałam i nadal miewam z tym problem. Nieustannie trzeba wpatrywać się w Niego – skoro On mi z nieskończoną cierpliwością za każdym razem wybacza, to ja też mam być dla siebie nieskończenie cierpliwa i wybaczać sobie. Skoro On kocha mnie taką z całą moją grzesznością i słabością, to ja też mam siebie – taką grzeszną i słabą – kochać i przyjąć.

    To nie oznacza, że mam sobie pobłażać i nie pracować nad sobą – skoro tak jest, to ju tak musi być, to wynika z mojej natury, tego po prostu nie dam rady, tu blokuje mnie lęk, „zawsze będę miała dystans, zawsze będę pełna obaw (…) „, taka już jestem… Stwierdziłam, że nie warto mieć takiego obrazu siebie. W ogóle nie warto mieć obrazu siebie. Proszę Boga, żeby mnie kształtował według swojej woli.

    Nie tak dawno spotkałam się z takim zdaniem: lekiem na lęk jest ubóstwo. W jakim sensie? Człowiek ubogi nieustannie żyje Bożą łaską. Uświadamiam sobie, że wszystko, co mam jest łaską, sama z siebie nie mam nic. Mam rzucić się w Jego ramiona, powierzyć Mu siebie i całe moje życie. Ufać. A jeśli nie potrafię ufać, to prosić Go, żebym potrafiła zaufać i potrafiła zawierzyć się Mu całą.

    Zrozumiałam, że sama własnymi siłami nic nie zmienię. Nic, nawet o milimetr. Nie będę bardziej kochać, nie będę bliżej Niego, nie będę bardziej święta, lepsza, nie pozbędę się obaw związanych z dorosłym życiem, nie zwalczę paraliżującego lęku, choćbym sobie tłumaczyła w kółko, że jest irracjonalny. Wszystko jest łaską.

    Przychodzę więc do Niego i proszę. Przychodzę do Niego po to, czego potrzebuję, staram się mówić Mu o wszystkim, oddawać Mu emocje. Mówię: Panie, boję się, co mam robić?, Panie, nie dam rady, ale Ty, jeśli chcesz, możesz mi udzielić swojej mocy – a z Twoją mocą mogę wszytko. Panie, ratuj! „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” [Mt 11,28] I to realnie działa.

    Cytat z „Dzienniczka” św. Faustyny nr 1318
    10 X [1937]. <>

    Przepraszam za chaos i za to, że się powtarzam… Ale już długo redaguję tę wypowiedź… A wiem, że mogłabym to robić w nieskończoność, ale lepiej chyba, żebym to już wysłała. ;)

    • Reply Natalia 20 lipca 2014 at 10:21

      Ucięło mi cytat w poprzednim komentarzu.

      Cytat z „Dzienniczka” św. Faustyny nr 1318
      10 X [1937]
      <>

    Napisz coś od siebie

    Zapisz się na mój newsletter!

    autoresponder system powered by FreshMail